8 lip 2009

Regina Spektor "Far"


Trochę się ostatnio zaniedbałem, ale w związku z wakacyjną nudą postaram się to nadrobić ;)
_
_
Urocza pani Regina uraczyła nas jakiś czas temu swoim nowym dziełem. Dziełem niestety nie do końca udanym.


Nic nie zwiastowało tej muzycznej porażki. Doskonali producenci, kilka nieźle zapowiadających się wersji demo i singiel promujący, mimo że boleśnie popowy, miał w sobie to coś. Niezły tekst, ładna melodia, ciekawy teledysk, słowem, wymarzony numer na promocję albumu. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie to, że panna Spektor postanowiła cały album wypchać takimi miałkimi, singlowymi numerami, które nieźle sprawadzać się będą chyba tylko w samolotach, albo w poczekalniach gabinetów dentystycznych.

Gdzieś ulotniła się pomysłowość i magia cechująca poprzednie albumu tej pani. Nie ma śladu po drapieżnych balladach nasyconych rosyjskim folklorem, humor tez gdzieś się schował. Po eksperymentowaniu ani śladu. Chyba bawią się w chowanego, szkoda tylko, że nikomu wcześniej nie powiedzieli. Cały album brzmi jak jedna piosenka rozciągnięta do 45 minutowych rozmiarów. I można by było to znieść, gdyby to chociaż była dobra piosenka...

Jedynym godnym uwagi utworem na Far jest nasycony mroczną atmosferą Blue Lips, który przypomina wcześniejsze dokonania artystki.


Mam nieprzyjemne wrażenie, że Regina postanowiła wyruszyć w pogoń za pieniądzem, bo nie wierzę, żeby ktoś, kto tworzył tak dobre album, jak 11:11, Songs, czy Soviet Kitch, a za swoje inspiracje podaje m.in. Toma Waitsa i Kate Bush nagle stracił całą swoją pomysłowość i wenę twórczą. Szkoda, wielka szkoda, ze kolejna znakomicie zapowiadająca się artyska stawia sobie wyżej zarobki niż sztukę. Może następnym razem będzie lepiej. Oby.


MOJA OCENA: 3/6


Track lista:


1. "The Calculation" – 3:13
2. "Eet" – 3:54
3. "Blue Lips" – 3:34
4. "Folding Chair" – 3:35
5. "Machine" – 3:51
6. "Laughing With" – 3:18
7. "Human of the Year" – 4:12
8. "Two Birds" – 3:23
9. "Dance Anthem of the 80's" – 3:44
10. "Genius Next Door" – 5:10
11. "Wallet" – 2:30
12. "One More Time with Feeling" – 4:03
13. "Man of a Thousand Faces" – 3:12

8 maj 2009

PJ Harvey & John Parish "A Woman a Man Walked By"


Co tu dużo mówić, to jest płyta, której recenzji wolałbym uniknąć.
Czemu ?

Bo szczerze powiedziawszy, po ponad miesiącu od premiery ja wciąż nie wiem co o niej myśleć.
Najpierw był singiel- Black Hearted Love, który, pewnie znowu tylko mnie, rozczarował. Proste brzmienie, zupełnie nie w stylu Polly.

Kiedy nadszedł wyczekiwany dzień premiery płyta szybko wylądowała w odtwarzaczu, i co ?
I takie dziwne uczucie pustki.

Z jednej strony naprawdę ciekawe pomysły (Sixteen, Fifteen, Fourteen, A Woman a Man Walked By, Pig Will Not, April), i zaskakujące słuchacza "zwroty akcji", gdzie w jednej piosence słyszymy jak Polly niemal recytuje kolejne wersy utworu przy nikłym akompaniamencie instrumentów (Leaving California), by zaraz zaatakowała nas istna kakofonia dźwieków (Chair). Z drugiej jednak strony, aż by się chciało chociaż jedną piosenkę, którą dałoby się zanucić. Wiem, że to żaden zarzut, bo nie recenzuję najnowszej płyty Roxette, do tego paradoksalnie brzmiący w zestawieniu ze wspomnianym niedosytem po Black Hearted Love, ale cuż począć, naprawdę brakuje mi w tym dziele melodyjności. Niektóre utwory na płycie brzmią niemal jak b-side'y po White Chalk (April, The Soldiers), pewnie dlatego, że część albumu była nagrywana w prawie identycznym czasie co ostatni solowy album PJ Harvey.

Największą, przynajmniej dla mnie zaletą tej płyty, jest sposób, w jaki Polly wykorzystuje swój głos. To jest bez dwóch zdań kobieta, która jest posiadaczką najbardziej plastycznego głosu, jaki kiedykolwiek słyszałem. Potrafi z nim zrobić absolutnie wszystko: szczekać, śpiewać jak staruszka, drzeć się w niebogłosy, śpiewać altem, sopranem, itd, itd. Za tak pefekcyjne opanowanie swojego głosu, należą jej się niskie pokłony, bo mało kto potrafi tak pięknie zilustrować muzykę głosem.

W tak przedziwny stan mnie ta płyta wprawiła, że nie potrafię sklecić o niej porządnego zdania. Jeśli celem Johna i Polly było wprowadzić słuchacza w stan permamentnego osłupienia, to udało im sie bez dwóch zdań.

Trudno mi jednoznacznie określić, czy dzieło duetu Parish/Harvey pretenduje do miana artystycznej porażki, czy jednej z płyt roku. Może i to, i to?

Cholera, może w grudniu się dowiem, i sklecę coś sensownego.

A macie tę 5 zakały!
--
MOJA OCENA: 5/6
--
Track lista:
-
Music: John Parish
Lyrics: PJ Harvey
-
1. "Black Hearted Love" – 4:40
2. "Sixteen, Fifteen, Fourteen" – 3:35
3. "Leaving California" – 3:56
4. "The Chair" – 2:29
5. "April" – 4:41
6. "A Woman a Man Walked By/The Crow Knows Where All the Little Children Go" – 4:47
7. "The Soldier" – 3:55
8. "Pig Will Not" – 3:50
9. "Passionless, Pointless" – 4:19
10. "Cracks in the Canvas" – 1:54

5 maj 2009

Gaba Kulka "Hat, Rabbit"


Nowa, stara twarz na polskim rynku muzycznym.

Gaba Kulka to młoda artystka, córka skrzypka Konstantego Kulki, która do tej pory wydawała płyty własnym sumptem, ze swojego mieszkania czyniąc prymitywne studio. Hat, Rabbit to jej pierwsze wydawnictwo wyprodukowane pod szyldem dużej wytwórni płytowej Mistic Production- odpowiedzialnej m.in. za niedawny sukces Czesława Mozila.

Ale czy nowe dzieło Panny Kulki jest niczym tytułowy, magiczny królik z kapelusza, jak sugeruje nam wydawca ?

Śmiem wątpić.

Po otwarciu płyta zachwyca nas naprawdę doskonałą oprawą graficzną. Ukłon w stronę grafika. Jednak zaraz po włożeniu jej do odtwarzacza czar pryska bezpowrotnie. Kulka nawet pod okiem świetnych producentów nie poskromiła swojej maniery wokalnej, bliźniaczo podobnej do wokalu Kate Bush, do której uwielbienia sama artystka przyznaje się bez bicia. Na tym inspiracje muzycznymi autorytetami się nie kończą. W niektórych piosenkach słychać kabaretowe melodie połączone z rockową energią, jednoznacznie nasuwające skojarzenia z muzyka The Dresden Dolls. W innych znowu fortepian pod dłońmi Gaby wydaje dźwięki spod znaku Tori Amos, czy Reginy Spektor. Nie można nikogo ganić za inspiracje, ale tutaj mamy raczej do czynienia z wiernym, odtwórczym wręcz kopiowaniem starych wzorów zza oceanu, niż z inspiracją będącą krokiem w kierunku wykreowania własnego stylu. Płycie nie pomogli nawet znakomici goście w postaci wspomnianych już Czesława Mozila i Konstantego Kulki. Mystic Production liczyło na kolejny sukces na miarę Czesław Śpiewa. Nic z tego. Gabie brakuje zarówno oryginalności, jak i charyzmy tego pierwszego.

Na polskim rynku muzycznym nieustannie wiejącym nudą Gaba Kulka może wydawać się artystką barwną i oryginalną, ale prawda jest taka, że jeśli nie przestanie się wzorować na sprawdzonych już formułach i nie odnajdzie ona indywidualnego stylu, to szybko przyjdzie zwijać jej żagle i wrócić do swojego mieszkania przerobionego na studio.

MOJA OCENA: 4/6

Track lista:
-
(All songs written by Gaba Kulka)
-
1. Hat, Meet Rabbit
2. Heard the Light
3. Aaa
4. Niejasności
5. Love Me
6. Challenger
7. Emily
8. Kara Niny
9. Lady Celeste
10. Propaganda
11. Bosso
12. Słuchaj
13. Over

3 maj 2009

Fiona Apple "When the Pawn..."


Już od pierwszych słów Fiona zahipnotyzowywuje słuchacza swoim głębokim, seksownym, pełnym pasji głosem. "All my life is on me now" wyrzuca z siebie gniewnie Fiona, dając do zrozumienia, że nie wybierasz się na piknik pierwszomajowy, ale w mroczną podróż wgłąb szalonego, zbuntowanego, nieposkromionego umysłu Panny Apple. On the Bound co chwila zmienia tempo i zaskakuje niesamowitą mieszanką jazzowej improwizacji, iście rockowego gniewu i wysmakowanej elektroniki. Po wybrzmieniu ostatniej nuty jednego z najlepszych, moim skromnym zdaniem, numerów otwierających, Fiona nie daje Ci odpocząć ani na chwilę wciągając Cię w obłąkańczy wir emocji.

Złość wstrząsa nią, gdy z furią wykrzykuje "My derring-do allows me to dance the rigadoon/Around you", w To Your Love, w Limp wydaje się, jakby chciała przygnieść swoją ofiarę genialnym solo na perkusji. Zaraz potem bezsilna osuwa sie na fortepian, by niemal wyszeptać o swoim smutku i rozczarowaniu (Love Ridden), gdy nagle dumnie podnosi czoło przypominając sobie kto tu rządzi i z całą świadomością swojego seksapilu kpi sobie z mężczyzn (Paper Bag). Targana emocjami wyrzuca, że ma prawo robić ze swoim życiem co chce (Mistake), by zaraz dać upust swoim seksualnym fantazjom (Fast as You Can).

Masz dość? Już koniec?

O nie, Panna Apple jeszcze nie pokazała co to furia. "It's time the truth was out, that he don't give a shit about me" wykrzykuje Fiona w Get Gone, z tak przepełnionym emocjami głosem, że dreszcz przechodzi Cię po plecach i zaczynasz się czuć naprawdę nieswojo...

I nagle cisza.

Z fortepianu snuje się uwodzicielka, urocza melodia rodem z lat 30, a Fiona niemal ze szkolną manierą śpiewa o miłości, jakby chciała ukoić swoje skołatane nerwy, szykując się do długiego snu...

Fiona Apple i Jon Brion (produkcja) stworzyli niszczycielski duet, który swoją siłą zmiata wszystko co stanie im na drodze. Słuchając tej płyty człowiek czuje się niczym świadek sesji terapeutycznej neurotyczki-psychopatki z niezliczoną ilością jaźni, które w tym samym momencie chcą zaznaczyć swoją obecność i wyrazić zupełnie inne, skrajne emocje. Mało jest płyt, z których bije taka szczerość przekazu, mało jest artystek, które tak poważnie traktują swoją sztukę. Fiona jest tą jedną z nielicznych. Jeśli chcesz poczuć prawdziwe, niczym nie skrępowane uczucia, podane w niebezpiecznej wręcz dla zdrowia dawce- Fiona zaprasza na kozetkę.

Arcydzieło.

MOJA OCENA: 6/6
_
Track listing:

All songs written by Fiona Apple

1. "On the Bound" – 5:23
2. "To Your Love" – 3:40
3. "Limp" – 3:31
4. "Love Ridden" – 3:22
5. "Paper Bag" – 3:40
6. "A Mistake" – 4:58
7. "Fast as You Can" – 4:40
8. "The Way Things Are" – 4:18
9. "Get Gone" – 4:10
10. "I Know" – 4:57

2 maj 2009

Maria Peszek "Maria Awaria"


Krótko i na temat. Po przesłuchaniu najnowszej płyty Marii Peszek, mam dość mieszane uczucia co do jej zawartości. O ile oprawa muzyczna płyty jest niezła - robota Smolika, o tyle teksty pani Peszek chwilami do mnie w ogóle nie trafiają. Wokalistka napisała teksty cechujące się tak wybitnym grafomaństwem, i krakowskim rymem, że trzeba mieć naprawdę dużą wyobraźnię, żeby to nazwać sztuką. Mnie widocznie jej brakuje. Jednak wśród tych paru wątpliwych artystycznie numerów, jest też parę całkiem niezłych utworów, jak Miłość w systemie Dolby Sorround, czy Miś chociażby. Zabawa słowem Marii wychodzi średnio, i chyba za bardzo panna Peszek skupiła się na tym żeby sprowokować, a za mało na tym, żeby jeszcze z tej prowokacji wyszło coś z sensem i gustem. Efekt mieszany. Debiutu ten album z całą pewnością nie przebija. Daję szkolną tróję, za Boga nie więcej.

MOJA OCENA: +3/6

Track list:
1. Miś
2. Kobiety Pistolety
3. Marznę bez ciebie
4. Rosół
5. Miłość w systemie Dolby Surround
6. Reks
7. Hujawiak
8. Maria Awaria
9. Superglue
10. Ciało
11. Rozpuda
12. Hedonia
13. Ładne Słowa to
14. Muchomory

P!nk "Funhouse"


Pani Alecia Moore, po 2 latach od wydania ostatniej płyty długogrającej pokusiła się o stworzenie nowego albumu, o jakże zacnym tytule Funhouse. Po włączeniu płyty szybko się okazuje, że na albumie jest tyle "fun", co na noworocznym orędziu prezydenta Kaczyńskiego. W życiu bym się nie spodziewał, że pani Pink, która do tej pory dość wyraziście wyróżniała się na tle innych wykonawczyń gatunku pop rock, stworzy coś tak do bólu banalnego i przewidywalnego. Pink zawsze kojarzyła mi się z bystrymi, inteligentnymi tekstami, które zdecydowanie były jej mocną stroną. Tymczasem Funhouse serwuje nam stosik skrojonych wg jednego szablonu pioseneczek, a'la Avril Lavigne, czy Kelly Clarkson, o tym, że jej serce jest złamane, i on jej nie kocha. Zero zaskoczenia, oryginalności, zero charakteru. Do tego jeszcze świetny wokal Alecii, na tej płycie został spłycony do granic możliwości, i nie wykorzystany nawet w 20%. Wśród masy takich samych piosenek, znalazły się trzy utwory dwa utwory, które ratują album przed całkowitą porażką: tytułowe Funhouse, Mean nasuwające mi skojarzenia ze starymi balladami Bon Jovi, czy Aerosmith, i przyjemne dla ucha Glitter in the Air. Reszta to jedna, wielka komercja, skrojona na sukces, co niewątpliwie Pink się uda. Płyta może spodobać się 12 letnim fankom Tokio Hotel i Avril Lavigne, reszcie polecam trzymać się z daleka.

MOJA OCENA: -3/6

Track listing:
1. "So What" (Pink, Max Martin, Shellback) 3:35
2. "Sober" (Pink, Nathaniel Hills, Kara DioGuardi, Marcella Ariaca) 4:11
3. "I Don't Believe You" (Pink, Max Martin) 4:36
4. "One Foot Wrong" (Pink, Francis White) 3:24
5. "Please Don't Leave Me" (Pink, Max Martin) 3:52
6. "Bad Influence" (Pink, Butch Walker, Billy Mann, MachoPsycho) 3:37
7. "Funhouse" (Pink, Tony Kanal, Jimmy Harry) 3:25
8. "Crystal Ball" (Pink, Billy Mann) 3:26
9. "Mean" (Pink, Butch Walker) 4:15
10. "It's All Your Fault" (Pink, Max Martin, Shellback) 3:53
11. "Ave Mary A" (Pink, Billy Mann, Pete Wallace) 3:17
12. "Glitter in the Air" (Pink, Billy Mann) 3:45

A Fine Frenzy "One Cell in the Sea"


Pewnego dnia zobaczyłem w telewizji ładny teledysk do równie ładnej piosenki Almost Lover, śpiewany, żeby było do kompletu, przez bardzo ładną wokalistkę. Zaciekawiony postanowiłem sprawdzić, co też za dzieło stworzyła ta oto młoda rudowłosa piękność. Zainwestowałem więc w One Cell In The Sea, i niestety inwestycja mi się nie zwróciła. Płyta A Fine Frenzy okazała sie być po prostu... nudna. Młoda wokalistka chyba chciała nagrać sentymentalny folk rockowy album, szkoda tylko, że nie bardzo jej to wyszło. Owszem na płycie nie brakuje ładnych melodii, jak choćby wspomniane już Almost Lover, Ashes & Wine czy Liar, Liar, ale to tylko drobne wyjątki. Słuchając płyty nie da się nie oprzeć wrażeniu, ze w kółko słucha się jednego utworu. Wszystkie piosenki zagrane są na jedno kopyto, zupełnie bez polotu, czy jakiegokolwiek pomysłu. Z drzemki budzę się tylko na chwilę przy Liar, Liar, gdzie z fortepianem ładnie komponuje się akordeon. Piosenki A Fine Frenzy są do bólu przewidywalne, przez co ogromnie nużące. Nie da się powiedzieć, że są to piosenki brzydkie, wokalistka ma bardzo ciepły, przyjemny głos, ładnie gra na fortepianie, szkoda tylko, że tego właściwie nie wykorzystała. Tekstowo płyta też nie specjalnie się czymkolwiek wyróżnia, ot takie sobie śpiewanie o tym, że "Ja Cię kocham". Utwory z One Cell In The Sea, nie są do końca złe, ale na Boga, toż to same ballady, w dodatku niczym się od siebie nie różniące i wymagające sporego dopracowania. Przy następnej płycie, powinna chyba zatrudnić innego producenta, bo ten stanowczo się obijał. W wokalistce tkwi potencjał, to słychać, potrzebuje tylko kogoś, kto dobrze by nią pokierował. Polecam płytę wszystkim, którzy mają problemy ze snem, po włączeniu tej płyty zasną bez problemu. Ode mnie trójka za ładny głos i potencjał, a jak ktoś chce posłuchać dobrej płyty z gatunku folk rock to polecam Rachael Yamagata, albo Damiena Rice, bo One Cell In The See się do tego nie nadaje stanowczo.
-
MOJA OCENA: 2+/6
_
_
Track listing:

"Come On, Come Out" (Alison Sudol, Hal Cragin, Lukas Burton) — 3:35
"The Minnow & the Trout" (Sudol) — 4:28
"Whisper" (Sudol, Cragin, Burton) — 4:56
"You Picked Me" (Sudol) — 4:23
"Rangers" (Sudol, Cragin, Burton) — 4:33
"Almost Lover" (Sudol) — 4:28
"Think of You" (Sudol) — 4:06
"Ashes and Wine" (Sudol, Cragin, Burton) — 4:20
"Liar, Liar" (Sudol) — 5:55
"Last of Days" (Sudol) — 4:12
"Lifesize" (Sudol, Cragin, Burton) — 3:44
"Near to You" (Niklas Sample, Sudol) — 4:35
"Hope for the Hopeless" (Sudol, Cragin, Burton) — 4:17
"Borrowed Time" (Sudol, Gus Black) — 4:13

Sara Bareilles "Little Voice"



Płytą pani Bareilles zainteresowałem się po usłyszeniu bardzo popularnego swego czasu singla Love Song, który szybko zapadł mi w pamięci i kazał się nucić pod nosem niemal do obłędu. Po włożeniu płyty do odtwarzacza szybko się okazało, że Love Song to nie wyjątek od reguły. Cała płyta jest przepełniona potencjalnymi hitami, które mogłyby szturmować listy przebojów. Lekko bluesowy Vegas, soulowy Many the Miles, funkujący Morningside, to chyba najlepsze kawałki, choć cała płyta jest bardzo równa i słucha się jej z niekłamaną przyjemnością. Sara ma talent do tworzenia chwytliwych melodii, czyli dokładnie tego, czego potrzebuje dobra popowa piosenka. Jeśli dodamy do tego inteligentne, zabawne, czasem ironiczne teksty, to otrzymujemy mieszankę wybuchową. Na Little Voice radość kipi z każdego utworu, gwarantuję, że po przesłuchaniu płyty każdemu poprawi się humor. Muzyka Sary to lekko jazzujący pop z domieszką funku i soul. Nie słuszne są wg mnie porównania Sary do Fiony Apple, czy Norah Jones. Jedyne co łączy te panie, to fakt, że wszystkie trzy grają na fortepianie, jednak każdej z nich bardzo daleko do siebie muzycznie. Sara wniosła do muzyki pop powiew świeżości, pozostawiając daleko w tyle popisy nieudolnych wokalnie cizi z blond włosami, od których aż roi się na popowym rynku muzycznym, i które niestety stały się synonimem takiej muzyki. Wróżę Sarze wielką karierę, bo taki talent na pewno nie może przejść bez echa. Moim skromnym zdaniem najlepsza płyta pop w 2008 roku. Serdecznie polecam i bez wyrzutów sumienia daję zasłużoną 4

MOJA OCENA: 4/6


Track Listing:

"Love Song (Bareilles)
- 4:18
"Vegas" (Bareilles) - 4:07
"Bottle It Up
" (Bareilles) - 3:00
"One Sweet Love" (Bareilles) - 4:20
"Come Round Soon" (Bareilles) - 3:33
"Morningside" (Bareilles) - 3:58
"Between the Lines" (Bareilles) - 4:34
"Love
on the Rocks" (Bareilles/Javier Dunn) - 4:13
"City" (Bareilles) - 4:33
"Many the Miles" (Bareilles) - 5:11
"Fairytale" (Bareilles) - 3:14
"Gravity" (Bareilles) - 3:52

Ladies and gentelmen...


YYyycchh, aahh, ehh, hmm, hmm. 1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, próba mikrofonu!
Ok, wszystko działa, można zaczynać.
Witam wszystkich serdecznie.
Oto właśnie jesteście Państwo świadkami stworzenia kolejnego grafomańskiego bloga, który ma na celu dać upust moim pseudo profesjonalnym wypocinom. Mam skromny plan zamieszczać tu recenzje płyt, więc jeśli macie tylko skłonności sado-masochistyczne,a nie wiecie jak im ulżyć, to uprzejmie zapraszam na mój blog!
Na początek kilka moich, sędziwych wiekiem recenzji.
Miłej lektury!